Студопедия
Случайная страница | ТОМ-1 | ТОМ-2 | ТОМ-3
АрхитектураБиологияГеографияДругоеИностранные языки
ИнформатикаИсторияКультураЛитератураМатематика
МедицинаМеханикаОбразованиеОхрана трудаПедагогика
ПолитикаПравоПрограммированиеПсихологияРелигия
СоциологияСпортСтроительствоФизикаФилософия
ФинансыХимияЭкологияЭкономикаЭлектроника

Rozdział 6

Rozdział 1 | Rozdział 2 | Rozdział 3 | Rozdział 4 | Rozdział 8 | HISTORIA DRUGA | Rozdział 1 | Rozdział 2 | Rozdział 3 | Rozdział 4 |


Читайте также:
  1. Rozdział 1
  2. Rozdział 1
  3. Rozdział 1
  4. Rozdział 2
  5. Rozdział 2
  6. Rozdział 2
  7. Rozdział 3

Przy ulicy czekał na mnie Ilja. Stał z rękami w kieszeniach i z obrzydzeniem spoglądał na niebo, z którego sypał drobny śnieg.

—Długo — tylko tyle powiedział, kiedy podałem rękę na pożegnanie posłowi wysiadłem z samochodu. — Szef już naczekał się.

— Co się dzieje? Ilja uśmiechnął się, ale nie był to, jak zwykle u niego, pogodny i promienny uśmiech

—Sam zobaczysz... chodźmy.

Poszliśmy wydeptaną ścieżką, mijając ciągnące z supermarketu kobiety z siatkami. To dziwne, supermarkety pojawiły się u nas już dawno. A chód ludzi pozostał taki, jak był poprzednio — jakby tylko co odstali godzinną kolejkę za sinymi kurzymi trupkami...

—Daleko? — spytałem.

—Gdyby byłoby daleko, wzięlibyśmy samochód.

—I co, nasz gigant seksu sobie nie poradził?

—Ignacy starał się — odpowiedział Ilja.

Nie wiem dlaczego, ale poczułem krótkie i mściwe zadowolenie, jakby przegrana Ignacego była moim sukcesem. Zwykle, jeśli zadanie tego wymagało, pójście z kimkolwiek do łóżka było dla niego kwestią godziny, najwyżej dwóch.

—Szef ogłosił gotowość do ewakuacji — nagle powiedział Ilja.

—Co?

—Pełną gotowość. Jeśli wir się nie ustabilizuje, to Inni opuszczą Moskwę. Szedł przodem i nie mogłem zajrzeć mu w oczy. Po co miałby kłamać...

—A wir jak był, tak jest... — zacząłem. I zamilkłem. Zobaczyłem.

Przed nami, nad ponurym dziewięciopiętrowcem, na tle ciemnego zaśnieżonego nieba, powoli obracała się czarna trąba powietrzna. Nie można jej było nazywać wirem lub szkwalikiem. Właśnie trąbą powietrzną. Wyrastała z następnego budynku, jeszcze niewidocznego. Biorąc pod uwagę kąt nachylenia ciemnego stożka, sięgała prawie do samej ziemi.

—Do diabła... — wyszeptałem.

—Nie prowokuj! — przerwał mi Ilja. — Cały dom się w niej zmieści.

—Ma ze trzydzieści metrów...

—Trzydzieści dwa. I ciągle rośnie.

Spojrzałem na swoje ramię i dostrzegłem Olgę. Wyszła ze Zmroku.

Czy kiedykolwiek widzieliście wystraszonego ptaka? Tak po ludzku wystraszonego?

Sowa nastroszyła wszystkie pióra. Czy pióra mogą stanąć dęba? Jej oczy płonęły żółtopomarańczowym, bursztynowym ogniem. Moja nieszczęsna kurtka była porwana na ramieniu na strzępy, a jej pazury nadal ją darły i darły, jakby miały zamiar dobrać się do ciała.

—Olga!

Ilja odwrócił się, kiwnął jej głową:

—Tak... Szef mówił, że w Hiroszimie wir był niższy.

Sowa machnęła skrzydłami, wzleciała w górę — bezdźwięcznie, płynnie. Za moimi plecami krzyknęła kobieta — odwróciłem się, dostrzegłem roztrzęsioną twarz, zdziwione oczy, śledzące ptaka.

—Wrona leci — niezbyt głośno, spojrzawszy z półobrotu na kobietę, oznajmił Ilja. Ma szybszy refleks niż ja. Po chwili kobieta już nas wyprzedziła, coś z niezadowoleniem zrzędząc o wąskiej ścieżynce i tych, co tarasują drogę.

—Szybko rośnie? — wskazując głową na trąbę, spytałem.

—Skokami. Ale teraz zaczyna się stabilizacja. Szef zdążył odwołać Ignacego w ostatniej chwili. Idziemy...

Sowa, szeroko okrążywszy trąbę powietrzną, zniżyła się i poleciała nad nami. Panowanie nad sobą Olga jeszcze zachowała, ale nieostrożne wyjście ze Zmroku wyraźnie świadczyło o jej zdenerwowaniu.

—A co nawyrabiał?

—Właściwie nic... był tylko zbyt pewny siebie. Nawiązał znajomość. Zaczął naciskać i osiągnął — rozrost wiru... i to do jakich rozmiarów.

—Nie rozumiem — z roztargnieniem powiedziałem. —Tak wielki może stać się tylko przy dzięki wydatnemu zasilaniu ze strony maga wzywającego inferno...

—O tym mowa. Ktoś wyśledził Ignacego.... Tutaj...

Weszliśmy do tego budynku, który zasłania! nas przed wirem. Sowa w ostatniej chwili wleciała za nami. Ze zdziwieniem spojrzałem na Uje, ale już nie pytałem. Zresztą od razu wyjaśniło się, dlaczego tutaj weszliśmy.

Na parterze, w jednym z mieszkań, umieszczono sztab operacyjny. Potężne stalowe drzwi, w ludzkim świecie szczelnie zamknięte, w Zmroku były otwarte na oścież. Ilja nie zatrzymując się zagłębił się w Zmrok i przeszedł, ja straciwszy kilka sekund, podnosząc swój cień, wkroczyłem za nim.

Wielkie mieszkanie — cztery pokoje, wszystkie bardzo przytulne. Wszędzie hałas, duszno i pełno tytoniowego dymu.

Znajdowało się tutaj ponad dwudziestu Innych. I agenci operacyjni, i my, zwykli biuraliści. Na mnie nikt nie zwrócił uwagi, na Olgę przelotnie spoglądano. Jestem pewny, że starzy pracownicy Patrolu dobrzeją znają, ale nikt nawet nie usiłował się przywitać, czy też uśmiechnąć się do białej sowy.

Co takiego narobiłaś?

—Idź do sypialni, szef jest tam — rzucił Ilja, a sam skręcił do kuchni. W kuchni dźwięczały szklanice. Może pili herbatę, a może i coś mocniejszego.

Spojrzałem i upewniłem się, że mam rację. Poili Ignacego koniakiem. Nasz seksualny superman wyglądał kiepsko, był wykończony i przybity, już dawno nie poniósł takiej klęski.

Poszedłem dalej, pchnąłem pierwsze napotkane drzwi, zajrzałem.

To był pokój dziecinny. Na maleńkim łóżeczku spało pięcioletnie dziecko, na dywanie jego rodzice i nastolatka. Wszystko jasne. Gospodarzy mieszkania pogrążono w słodkim i zdrowym śnie, żeby nie przeszkadzali. Można było rozwinąć cały sztab w przestrzeni Zmroku, ale po co niepotrzebnie tracić moc?

Ktoś poklepał mnie po ramieniu. Obróciłem się — to był Siemion.

—Szef jest tam — krótko oznajmił. — Chodź...

Wydawało mi się, że już wiem, co mnie czeka. Wszedłem do innego pokoju i w pierwszej chwili zdębiałem.

Czy może być coś niedorzeczniejszego niż polowy sztab Nocnego Patrolu w zwykłym mieszkaniu.

Nad toaletką, całkowicie zastawioną kosmetykami i zawaloną biżuterią, wisiała średnich rozmiarów kula magiczna. Przekazywała widok z góry na trąbę powietrzną. Obok na pufie siedziała Lena, nasz najlepszy operator, milcząca i skoncentrowana. Oczy miała zamknięte, ale gdy pojawiłem się, uniosła lekko rękę w geście przywitania.

Normalne zjawisko — operator kuli widzi przestrzeń kompleksowo, przed nim nic się nie może ukryć.

Na łożu, obłożony poduszkami, półleżał szef. Był w jaskrawym szlafroku, miękkich orientalnych pantoflach i tiubitiejce. Słodkawy dymek przenośnej fajki wodnej wypełniał pomieszczenie. Biała sowa siedziała przed nim i, sądząc po wszystkim, już nawiązali kontakt pozazmysłowy.

To też nic niezwykłego. W chwilach szczególnego napięcia szef zawsze zaczynał się zachowywać tak, jakby był znowu w Azji Środkowej. Pracował tam na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, maskując się z początku jako mufti, a potem jako przywódca basmaczy, jeszcze później jako komisarz Czerwonych. Ostatnio zaś przez dziesięć lat pracował jako sekretarz komitetu rejonowego.

Przy oknie stali Danił i Farid. Nawet moich zdolności wystarczało, żeby dostrzec purpurowe migotanie magicznych ostrzy, ukrytych w rękawach.

Wszystko zgodnie z zasadami. Sztab w takich momentach nie pozostaje bez ochrony. Wprawdzie Danił i Farid nie są najsilniejsi, ale mają wielkie doświadczenie, a to najczęściej jest znacznie ważniejsze od samej siły.

Ale kim jest jeszcze jeden Inny, który znajdował się w pokoju?

Siedział w kucki w kącie, skromnie i nie rzucał się w oczy. Chudy jak patyk, o zapadniętych policzkach, krótko ostrzyżonych — po wojskowemu — czarnych włosach i wielkich smutnych oczach. Jego wiek był całkiem nie do określenia, może miał trzydzieści lat, a może i trzysta. Nosi ubranie ciemnego koloru: luźny garnitur i szarą koszulę, dobrze zharmonizowane z jego wyglądem. Ktoś postronny wziąłby go zapewne za członka jakiejś niewielkiej sekty. I do pewnego stopnia miałby rację.

To był mag Ciemności. W dodatku mag najwyższej rangi. Kiedy prześliznął się po mnie spojrzeniem, poczułem, jak moja tarcza ochronna — na marginesie mówiąc, nie przeze mnie zbudowana — zatrzeszczała i zaczęła się uginać.

Mimowoli zrobiłem krok do tyłu. Ale mag już wbił wzrok w podłogę, jakby podkreślając — sondowanie było przypadkowe, mimowolne...

—Borysie Ignatjewiczu — usłyszałem własny ochrypły głos.

Szef szybko kiwnął głową, potem odwrócił się do maga Ciemności. Ten od razu spojrzał na szefa.

—Daj mu amulet — stanowczo rozkazał szef.

Mag odezwał się głosem tak smutnym i cichym, jakby zwaliły się na niego wszystkie nieszczęścia świata za jednym zamachem:

—Nie robię nic zakazanego przez Traktat...

—I ja nie robię nic takiego. Moi współpracownicy muszą być odporni na obserwatora.

Więc to tak! W naszym sztabie jest obserwator ze strony Ciemności. A to za, że równocześnie postawiono w stan gotowości sztab polowy Dzien-Patrolu i tam znajduje się ktoś z naszych. Mag włożył rękę w kieszeń marynarki, pogrzebał tam chwilę i wydobył rzeźbiony kościany medalionik na miedzianym łańcuszku. Wyciągnął go do mnie.

—Rzuć — powiedziałem.

Mag uśmiechnął się lekko, melancholijnie i ze współczuciem, machnął ręką, ja złapałem medalion. Szef z aprobatą skinął głową.

—Imię? — spytałem.

— Zawulon.

—Nie słyszałem wcześniej tego imienia. Albo nie jest zbyt znany, albo należy do najwyższych władz Dziennego Patrolu.

— Zawulon... — powtórzyłem patrząc na amulet. — Masz więcej mocy, niż potrzeba jej dla mnie.

Medalion rozgrzał się w dłoni. Nałożyłem go na wierzch koszuli, skinąłem głową magowi i podszedłem do szefa.

—Tak to wygląda, Antoni — powiedział szef, ledwo zrozumiale, nie wy suwając z ust cybucha wodnej fajki. — Tak to wygląda. Widzisz?

Spojrzawszy w okno kiwnąłem głową.

Czarny wir wyrastał z takiego samego dziewięciopiętrowca jak ten, w którym się znajdowaliśmy. Cienki i giętki lej wiru zaczynał się gdzieś na poziomie parteru i patrząc przez Zmrok, mogłem dokładnie zlokalizować mieszkanie.

— Jak to mogło się stać? — spytałem. — Borysie Ignatjewiczu, to już przecież nie cegła spadająca na głowę... i nawet nie wybuch gazu w bloku...

—Robimy wszystko, co możemy — szef jakby uznał za konieczne złożyć mi sprawozdanie. — Wszystkie silosy rakietowe są pod naszą kontrolą, to samo już zrobiono w Ameryce i we Francji, kończą się prace w Chinach. Trudniej jest z taktyczną bronią atomową. Nie możemy zlokalizować wszystkich zdolnych do pracy sputników z laserami. Zagrożenie bakteriologiczne w mieście jest duże... Nieledwie godzinę temu omal nie doszło do wycieku z Instytutu Wirusologii.

— Losu się nie oszuka — ostrożnie powiedziałem.

—Właśnie. Zatykamy dziury w burtach statku. A statek już pęka na połowy.

Nagle zauważyłem, że wszyscy — i mag, i Olga, i Lena, i ochroniarze —patrzą na mnie. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.

—Borysie Ignatjewiczu?

—Jesteś jej pisany.

—Co?

Szef westchnął, wypuścił cybuch, zimny opiumowy dymek spłynął na podłogę.

—Ty, Antoni Gorodecki, programista, kawaler, średnio uzdolniony, jesteś pisany dziewczynie, nad którą wisi to czarne paskudztwo.

Mag Ciemności siedzący w kącie ledwie słyszalnie westchnął. Na nic lepszego niż spytać „dlaczego?" nie wpadłem.

—Nie wiem. Wysłaliśmy do niej Ignacego, pracował poprawnie. Wiesz przecież, że może każdej zawrócić w głowie.

—A z nią mu nie wyszło?

—Wyszło. Tylko wir zaczął rosnąć. Rozmawiali pół godziny, a wir z półtorametrowego stał się do dwudziestopięciometrowy. Musiałem go odwołać... natychmiast.

Obejrzałem się na maga. Zawulon niby patrzył w podłogę, ale od razu podniósł głowę. Tym razem tarcza nie zareagowała — amulet mnie osłaniał skutecznie.

—Nam nie jest to potrzebne — powiedział cicho. — Tylko dzikus zabija słonia, żeby zjeść na śniadanie kawałeczek mięsa.

To porównanie aż mnie skręciło, ale wydawało się, że nie kłamał.

—Rzadko kiedy potrzebujemy zniszczenia w takiej skali — dodał mag. — Teraz nie mamy żadnych projektów, wymagających emisji energii w takich ilościach.

—Mam taką nadzieję... — cudzym, skrzypiącym głosem rzekł szef. — Zawulon, powinieneś nas zrozumieć. Jeśli jednak dojdzie do katastrofy... my także wyzyskamy ją do maksimum.

Na twarzy Maga pojawił się cień uśmiechu:

—Tych, którzy przerazi ta katastrofa, którzy będą rozpaczać i współczuć nieszczęśliwym, będzie wielu. Ale więcej, niewyobrażalnie więcej chciwie przylgnie do ekranów telewizorów, dozna radości na widok cudzego nieszczęścia i

będzie się pocieszać, że to właśnie ich miasto ominęło, i rozwodzić o przyczynie upadku trzeciego Rzymu, który dosięgła kara... kara niebios. Wiesz o tym, mój wrogu.

Nie okazywał złośliwej satysfakcji — wysocy rangą stronnicy Ciemności nie są tak prymitywni — po prostu informował.

—I mimo to jesteśmy gotowi — powiedział Borys Ignatjewicz. — Wiesz o tym.

—Wiem. Ale my znajdujemy się w korzystniejszym położeniu. Chyba, że chowasz parę asów w zanadrzu, Borysie.

—Wiesz, że zawsze mam przynajmniej cztery.

Szef odwrócił się nagle ku mnie, jakby mag przestał dla niego istnieć.

— Antoni, wir nie jest wspomagany przez Dzienny Patrol, lecz przez jego twórcę. To nieznany mag Ciemności, o ogromnej mocy. Wyczuł Ignacego i zaczął przyspieszać zdarzenia. Teraz cała nadzieja w tobie.

—We mnie?

—Przecież ci mówiłem — jesteście sobie pisani, Antoni. W przestrzeni prawdopodobieństw istnieją trzy możliwości zdarzeń.

Szef machnął ręką i w powietrzu rozwinął się biały płaski ekran. Zawulon skrzywił się — pewnie podrażnił go ten wyrzut energii.

—Oto pierwszy wariant rozwoju zdarzeń — powiedział szef.

Na białym płótnie, wiszącym na środku pokoju, pojawił się czarny pas, który stał się wkrótce bezkształtnym kleksem, wychodzącym za obszar ekranu.

—To najbardziej prawdopodobny wariant. Wir osiąga apogeum i następuje interno. Miliony ofiar. Globalny kataklizm —jądrowy, biologiczny, upadek asteroidu, trzęsienie ziemi o sile dwunastu stopni. Cokolwiek by to było.

— A bezpośredni wybuch inferna? — ostrożnie spytałem. Spojrzałem przelotnie na Zawulona —jego twarz pozostała obojętna.

—Nie. Mało prawdopodobne. Do tej granicy jeszcze jest daleko — szef pokręcił głową. — Gdyby to miało nastąpić, przypuszczam, oba Patrole już wybiłyby się nawzajem. Drugi wariant...

Cieniutka linia, odchodząca od czarnego pasa. Urwana.

—Zlikwidowanie celu. Jeśli cel zginie, wir rozpłynie się... samoistnie.

Zawulon poruszył się. I życzliwie dodał:

—Jestem gotowy pomóc wam w tej maleńkiej akcji. Nocny Patrol nie może dokonać jej samodzielnie, czyż nie tak? Jesteśmy do waszych usług. Zapanowała cisza. Potem szef zaśmiał się.

—Och, jak chcecie — Zawulon wzruszył ramionami. — Powtarzam —oferujemy naszą pomoc. Nam nie jest potrzebna globalna katastrofa, która w jednej chwili unicestwi miliony ludzi. Na razie jej nie potrzebujemy.

—Trzeci wariant — powiedział szef, patrząc na mnie. — Patrz uważnie. Jeszcze jedna linia, odgałęziająca się od wspólnego korzenia. Najcieńsza,

najbardziej zbliżona do osi na poziomie zera.

—To wtedy, jeśli ty przystąpisz do gry, Antoni.

—Co mam zrobić? — spytałem.

— Nie wiem. Prognoza prawdopodobieństwa nigdy nie daje szczegółowych wskazań. Wiadomo tylko jedno: ty możesz zdjąć wir.

Przez moją głowę przeleciała bezsensowna myśl, że mój sprawdzian trwa. Próba w terenie... wampira zabiłem, A teraz... tak. Nie. To niemożliwe. Nie przy takich stawkach!

—Nigdy nie zdejmowałem czarnych wirów — mój głos z jakiegoś powodu brzmiał jak obcy, przebijał w nim nie strach, raczej zdziwienie. Mag Zawulon zachichotał, jakoś tak niesmacznie, po babsku.

Szef kiwnął głową:

—Wiem, Antoni.

Wstał, poprawił szlafrok, podszedł do mnie. Wyglądał głupio, przynajmniej w tym normalnym moskiewskim mieszkaniu. Jego orientalna odzież wyglądała na nieudolną karykaturę.

—Takich wirów jeszcze nikt nigdy nie zdejmował. Ty będziesz pierwszym, który spróbuje.

Milczałem.

—I weź pod uwagę, Antoni, że jeśli to zepsujesz... cokolwiek... spłoniesz pierwszy. Nawet nie zdążysz uciec w Zmrok. Wiesz, co zdarza się z sługami Światła, kiedy trafiają w epicentrum wybuchu inferna?

W gardle mi zaschło. Kiwnąłem głową.

—Wybacz, mój łaskawy wrogu — powiedział Zawulon. — Czy wasi pracownicy nie mają prawa wyboru? Nawet na wojnie w podobnych sytuacjach wzywano... chętnych.

—Wzywano ochotników— nie odwracając się rzucił szef. — My wszyscy jesteśmy ochotnikami, od początku. I żadnego wyboru nie mamy.

—A my możemy wybierać. Zawsze — mag znowu zachichotał.

—Kiedy przyznajemy prawo wyboru ludziom, odbieramy je sobie. Zawulonie — Borys Ignatjewicz zerknął ukosem na maga — występujesz przed obcym audytorium. Nie przeszkadzaj.

—Milczę — Zawulon spuścił głowę, skulił się.

—Spróbuj — powiedział szef. — Antoni, nie mogę nic ci doradzić. Spróbuj. Proszę ciebie, spróbuj. I... zapomnij wszystko, czego ciebie nauczono. Nie wierz temu, co mówiłem, nie wierz temu, co wyczytałeś w konspektach, nie wierz swoim oczom, nie wierz cudzym słowom.

—W co w takim razie mam wierzyć, Borysie Ignatjewiczu?

—Gdybym wiedział, Antoni, to wyszedłbym z siedziby sztabu... i sam poszedłbym do tamtego bloku.

Jednocześnie spojrzeliśmy za okno. Czarny wir obracał się, chwiejąc się z boku na bok. Jakiś człowiek, idący chodnikiem, nagle skręcił w śnieg i zaczął omijać lej wiru szerokim kołem. Zauważyłem, że na poboczu już wydeptano ścieżkę ludzie nie widzą rwących się na ziemię sił zła, ale wyczuwają ich bliską obecność.

—Ja będę osłaniała Antoniego — niespodziewanie odezwała się biała sowa. —Osłaniać i zabezpieczać łączność.

—Z zewnątrz — zgodził się szef. — Tylko z zewnątrz... Antoni... idź. Postaramy się maksymalnie zasłonić ciebie przed cudzą obserwacją. Olga wzleciała z łóżka, usiadła mi na ramię.

Spojrzawszy na przyjaciół, na maga — ten jakby wpadł w śpiączkę — wyszedłem z pokoju. Od razu usłyszałem, jak ucicha gwar w mieszkaniu.

Odprowadzali mnie wzrokiem, w pełnej ciszy, bez zbędnych słów, bez poklepywania po plecach i dobrych rad. Przecież właściwie nie czyniłem nic Specjalnego. Po prostu szedłem na śmierć.

Było cicho.

Jakoś niezwykle cicho, nawet jak na moskiewską dzielnicę-sypialnię i tak późną porę. Tak jakby wszyscy zamknęli się w domach, zgasili światło, nakryli głowy kołdrami i milczeli. Właśnie milczeli, a nie spali. Jedynie niebiesko-czerwona poświata migała w oknach — wszędzie pełną parą pracowały telewizory. To już nawyk, kiedy nam jest źle, kiedy jesteśmy przybici — włączamy telewizor i patrzymy na wszystko jak leci, od teleshopu do dzienników. Ludzie nie widzą świata Zmroku. Ale potrafią go wyczuwać, gdy się zbliża.

—Olga, co powiesz o tym wirze? — spytałem.

—Nie do zdjęcia.

Jej słowa cięły jak nóż.

Stałem przed klatką schodową, patrząc na giętki, jak trąba słonia, lej wiru. Jakoś nie chciało mi się wchodzić.

— Kiedy... przy jakim rozmiarze wiru potrafisz go zneutralizować?

Olga głośno pomyślała:

—Jak będzie miał z pięć metrów wysokości. Mam wtedy jakąś szansę. Jeśli będzie miał trzy metry — z pewnością.

—A dziewczyna uratuje się?

— Możliwe.

Coś nie dawało mi spokoju. W tej nienormalnej ciszy, kiedy nawet samowiły starały się ominąć skazaną na zgubę dzielnicę, jakieś dźwięk mimo wszystko było słychać...

 

Wkrótce zrozumiałem. Jęczały psy. We wszystkich mieszkaniach, we wszystkich domach dookoła cicho, żałośnie, bezradnie skarżyły się swoim panom nieszczęsne psy. One widziały zbliżające się inferno.

—Olga, daj mi informacje o dziewczynie. Wszystkie.

—Świetlana Nazarowa. Dwadzieścia pięć lat. Lekarz terapeuta, pracuje w poliklinice numer siedemnaście. Nigdy nie była pod obserwacją Nocnego Patrolu, Dziennego Patrolu także. Zdolności magicznych nie zauważono. Rodzice i młodszy brat mieszkają w Bratiejewie, kontaktuje się z nimi sporadycznie, zazwyczaj telefonicznie. Ma cztery koleżanki, sprawdzamy je, na razie wszystko jest czyste. Stosunki z otoczeniem zrównoważone, nie zaobserwowano żadnych wrogów.

—Lekarz — powiedziałem w zamyśleniu. — Olga, przecież to już punkt zaczepienia... jakiś staruszek lub staruszka... niezadowoleni z leczenia. W ostatnich latach życia zazwyczaj następuje wybuch utajonych zdolności magicznych...

—Sprawdza się — odpowiedziała Olga. — Jeszcze takich danych nie mamy.

Szkoda czasu na zgadywanki, już pół dnia nad dziewczyną pracują ludzie mądrzejsi ode mnie.

—Co jeszcze?

—Grupa krwi A. Poważnych chorób nie przechodziła, czasami lekkie zaburzenia kardiologiczne. Pierwszy kontakt seksualny w wieku lat siedemnastu, z rówieśnikiem, z ciekawości. Przez cztery miesiące była zamężna, od dwóch lat rozwiedziona, z byłym mężem jej stosunki nie są wrogie. Dzieci nie ma.

—Zdolności męża?

—Zerowe. Jego nowej żony takie same. Sprawdzono w pierwszej kolejności.

—Wrogowie?

—Dwie nieżyczliwe koleżanki z pracy. Dwaj odrzuceni adoratorzy, też z polikliniki. Szkolny kolega, który pół roku temu usiłował wyłudzić zwolnienie lekarskie.

—I?

—Odmówiła.

—A jakże. A jakie mają zdolności magiczne?

—Praktycznie żadne. Poziom nieżyczliwości średni. Zdolności magiczne u wszystkich słabe. Niezdolni do stworzenia takiego wiru.

—Śmierć pacjentów? W ostatnim czasie?

—Nie miała.

—To skądże wzięło się to zaklęcie? — zadałem retoryczne pytanie. Tak, teraz już jest jasne, dlaczego Patrol znalazł się w ślepej uliczce. Swietłana okazała się— najzwyczajniej w świecie — bez skazy. Pięciu wrogów w ciągu dwudziestu pięciu lat — można jedynie być dumnym.

Olga milczała.

—Trzeba iść — powiedziałem. Odwróciłem się i spojrzałem w okno, gdzie widać było sylwetki naszych. Ktoś z ochroniarzy pomachał do mnie ręką. — Olga, a jak pracował Ignacy?

—Standardowo. Znajomość zawarta na ulicy, według wariantu „roztargniony inteligent". Kawa w barze. Rozmowy. Poziom sympatii u obiektu szybko rósł, Ignacy przeszedł do przyspieszania stopnia znajomości. Kupił szampana i likier, przyszli tutaj.

—Dalej.

—Wir zaczął rosnąć.

—Przyczyna?

— Żadna. Ignacy jej się podobał, a nawet więcej, zaczęła odczuwać silny pociąg do niego. Ale w tej chwili nastąpił katastrofalnie szybki wzrost wiru. Ignacy zmienił trzykrotnie style zachowania, dała mu wyraźnie do zrozumienia, że może pozostać na noc, ale wir przeszedł w stadium burzliwego wzrostu. Ignacy został odwołany. Wir się ustabilizował.

—Jak go odwołano? — Już zmarzłem i w butach czułem nieprzyjemną wilgoć. Jednak nie byłem jeszcze gotowy do działania.

—„Chora matka". Telefon na komórkę, rozmowa, przeprosiny, obietnica telefonii jutro. Wszystko przeprowadzono czysto, u obiektu nie powstały żadne podejrzenia.

—A wir ustabilizował się?

Olga milczała. Widać łączyła się z analitykami.

—Nawet troszkę się zmniejszył. O trzy centymetry. Ale to może być zwyczajne osiadanie, po wyłączeniu zewnętrznego zasilania.

Coś w tym wszystkim nie grało. Ale nijak nie mogłem sprecyzować swojego niejasnego jeszcze podejrzenia.

—Gdzie jest jej rejon, Olga?

—Tutaj, dookoła. Wraz z domem, w którym mieszka. Chorzy często przywodzą do jej mieszkania.

—Świetnie. W takim razie pójdę jako pacjent.

—Potrzebujesz pomocy przy nałożeniu fałszywej pamięci?

—Poradzę sobie sam.

—Szef się zgadza — po dobrej chwili powiedziała Olga. — Pracuj. Twoja tożsamość — Antoni Gorodecki, programista, kawaler, od trzech lat na obserwacji, diagnoza — wrzody żołądka, mieszkasz w tym samym domu, mieszkanie numer sześćdziesiąt cztery. Mieszkanie teraz jest puste, jeśli będzie trzeba, zabezpieczymy je dla ciebie.

—Trzy lata to ja nie pociągnę — przyznałem się. — Rok. Najwyżej rok.

—Dobrze.

Spojrzałem na Olgę, a ona na mnie swoim niemrugającym ptasim spojrzeniem, w którym mimo wszystko pozostało coś ze spojrzenia tej brudnej arystokratki, pijącej koniak u mnie w kuchni.

—Powodzenia — życzyła mi Olga. — Spróbuj obniżyć wir. Choćby do dziesięciu metrów... wtedy ja zaryzykuję.

Ptak uniósł się i od razu uciekł w Zmrok, gdzieś tam, w najgłębsze jego warstwy.

Westchnąwszy poszedłem do drzwi. Ssawka wiru zachybotała, próbując dotknąć mnie. Wyciągnąłem ku niemu dłonie, ułożywszy je w Ksamadi, znak negacji.

Wir zadrżał i odsunął się. Bez strachu, raczej jakby przyjmował warunki gry. Przy takich rozmiarach inferno powinno już posiadać intelekt, nie być tępą samonaprowadzającą się rakietą, lecz raczej okrutnym i doświadczonym kamikadze. To śmieszne brzmi — doświadczony kamikadze, ale w przypadku dotyczącym Ciemności takie określenie jest adekwatne. Włamawszy się w ludzki świat wir inferno jest skazany na zgubę, ale to jak śmierć jednej osy z ogromnego roju.

—Twój czas jeszcze nie nadszedł — powiedziałem. Inferno i tak nie odpowie, ale chciałem to powiedzieć.

Przeszedłem obok leja. Wydawało się, że wir jest stworzony z czarnego szkła, o granatowym połysku i elastyczności gumy. Jego zewnętrzna powłoka była prawie nieruchoma, ale tam, w głębinach, gdzie ciemny granat przechodził w nieprzeniknioną ciemność, odgadywało się szaleńczo szybkie obroty.

Może nie mam racji. Może akurat jego czas właśnie nadszedł...

By dostać się do klatki, nie trzeba było znać kodu — zamek był zniszczony i wypatroszony. Normalka. Maleńkie pozdrowienie od Ciemności. Już nauczyłem się dostrzegać drobne oznaki jej działania, zauważać napisy i ślady brudnych butów na ścianach, zbite lampy i zaświnione windy. Ale teraz byłem w akcji.

Nie musiałem prosić o adres dziewczyny. Czułem ją — nie wolno odmówić jej prawa do nazywania siebie dziewczyną z powodu jej zamążpójścia, to jest kwestia wieku — wiedziałem dokąd iść. Już widziałem jej mieszkanie, właściwie nie widziałem, a odbierałem jako całość. Jedyne czego ciągle nie wiedziałem, to jak zdjąć ten przeklęty wir... Zatrzymałem się przed drzwiami, zwyczajnymi, a nie stalowymi. To bardzo dziwne jak na mieszkanie na parterze. W dodatku na parterze z wyłamanym zamkiem w drzwiach na klatkę schodową. Głęboko westchnąłem i zadzwoniłem. Jedenasta. Późno, rzecz jasna.

Usłyszałem kroki. Nie miała nawet izolacji dźwiękowej...

 

 


Дата добавления: 2015-11-14; просмотров: 69 | Нарушение авторских прав


<== предыдущая страница | следующая страница ==>
Rozdział piąty| Rozdział 7

mybiblioteka.su - 2015-2024 год. (0.038 сек.)